niedziela, 1 stycznia 2012

Od czego zacząć?

Jako nastolatka, zaraz po szkole średniej, myślałam, że największą tragedią jest porzucenie przez chłopaka, z którym planowaliśmy wspólną przyszłość. Oj, jak ja wtedy cierpiałam..

Dzisiaj wiem, że zdarzają się dużo większe tragedie. Ostatni rok był najgorszy w moim dotychczasowym życiu. Straciłam wszystko, na czym mi zależało zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym.

Myślałam, że chociaż Pan i Władca na krańcu świata będzie ze mną, ale teraz nie jestem tego pewna. Prawdopodobnie jeszcze przez długi czas nie będę potrafiła mu podziękować, ale w końcu to się stanie. W końcu powiem Mu " to koniec naszego małżeństwa". Walczę o ten związek od wielu lat. Wiele Mu wybaczałam, wiele zapominałam. W minionym roku jednak bardzo Go potrzebowałam i niestety się zawiodłam. Może za dużo wymagałam oczekując, że będzie przy mnie po śmierci Oca nawet wtedy, gdy postanowiłam się przenieść na jakiś czas do Musi, żeby się Nią zaopiekować. W końcu została sama. Nie mogłam inaczej postąpić. Musiałam Ją wspierać. I może by mnie to tak nie bolało, gdyby to był pierwszy raz. Nie było Go ze mną, gdy Musia walczyła o życie. Nie było Go, gdy ledwo chodząc sama jeździłam od szpitala do szpitala z zapaleniem stawów. Ciągle miga się od wcześniejszych ustaleń w prosty sposób. Szybka kłotnia i dwutygodniowy foch o nic. I wczoraj znowu to samo. Wiedział, że to dla mnie w tym roku trudny dzień. W sumie chciałam go przespać, ale Wik nas zaprosiła (ani Ona ani Musia ani Młoda nie chciały być same), a on sam się zgodził pójść. O dziwo pierwszy raz nawet nie musiałam Go namawiać. I co? Trzy godziny do wyjcia i znowu kłótnia. I właściwie to ja powinnam być obrażona ( to on mi znowu dosrał ), a jednak to Pan i Władca strzelił focha. Oczekiwał, że Go będę prosiła. Nawet na początku próbowałam sie dogadać. Zero odzewu. Więc nie tym razem. Pojechałam sama. Z nadzieją, że dojedzie. Nie dojechał mimo próśb Wika i Ukiego. Do tego w ramach życzeń sylwestrowych usłyszałam, że od dawna nie traktuje mnie, jak żonę. Miło.

Nie wiem, co teraz zrobić. Nie mam pracy, firma zamknięta. Musia zadekowała się już u Wika, więc do Niej się nie przeniosę. Nie mam nic. Nie mam, gdzie w tej chwili odejść nawet, gdybym miała odwagę. Na dobr,a sprawę to nawet nie wiem, co chcę dalej w życiu robić. Wiem, to niepoważne. Taka jest jednak prawda. Pan Bóg odebrał mi w minonym roku wszystko, co miało dla mnie sens. Znak, że trzeba zacząć od nowa. Bardziej sensownie, z mniejszą ilością błędów. Najpierw jednak zamykam stare sprawy, staram sie naprawic stare błędy. A nie jest to łatwe....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz